Przewidywaliśmy taki rozwój wypadków. Po powrocie z wyprawy na Antarktydę, Martyna Wojciechowska zaczęła opowiadać mediom o przebytym w górach koszmarze. Na pierwszy ogień poszedł Super Express, ale na pewno jeszcze wiele razy zobaczymy Martynę w programach śniadaniowych, mówiącą o przerażającej burzy śnieżnej, głodzie i tęsknocie.
To było koszmarne. Przez 3 dni nie jadłam. Ta straszna burza śnieżna całkiem nas zaskoczyła. Okazało się, że mamy za mało jedzenia. Miałam dosyć gazu, żeby topić śnieg, gotować go i pić. Jednak 3 dni nie jadłam, na początku wszyscy gospodarowali jedzeniem dość lekkomyślnie, ja byłam dość dobrze zabezpieczona, jeśli chodzi o zapasy, ale potem musiałam to wszystko wrzucić do wspólnej puli i zostałam też bez jedzenia. Było potwornie zimno. Nie mogłam zasnąć, tak strasznie łopotało namiotem, że bałam się, iż odleci. I prawie miałam rację... Mój namiot kompletnie się zawalił, złamał, zniszczył, musiałam się przenieść do kolegów z Austrii. Dygotałam z zimna. Po raz pierwszy w życiu w namiocie miałam minus 30 stopni. Chroniła mnie kurtka puchowa, dobry śpiwór, rozgrzewacze chemiczne - powiedziała tabloidowi dziennikarka.
Na szczęście ta wyprawa coś zmieniła w myśleniu Martyny. Teraz Wojciechowska chce poświęcić się domowi i dziecku. W ogóle sobie nie poradziłam z tęsknotą za Marysią. Dużo się zmieniło w moim życiu od momentu, kiedy pojawiła się w nim Marysia, w związku z tym muszę zweryfikować swoje plany i zastanowić się nad tym, co będę robić dalej. Dzisiaj nie wyobrażam sobie znowu wyjechać i zostawić córkę. Teraz przynajmniej przez jakiś czas będę się zajmować tym, co złośliwi mówią, że powinnam robić, czyli wracam do garów i do dziecka.
Po co w ogóle wyruszała na miesiąc w góry, skoro wiedziała jak ciężka jest to podróż? W normalnych warunkach może docenilibyśmy jej odwagę. Jednak Martyna od 9 miesięcy jest przede wszystkim matką i podejmowanie takiego ryzyka wydaje nam się lekkomyślne.

Środa, 14.01.2009